B-1
Rześki piątkowy poranek, Konsulat Stanów Zjednoczonych w Krakowie. Naprzeciwko budynku zebrała się grupka oczekujących na wszczęcie procedury wizowej. Wszyscy czyści i pachnący – w informatorze dla ubiegających się o wizę wyraźnie czytamy, że do Konsula trzeba przyjść umytym. Pachnąc przyjemnie, stoimy stłoczeni na chodniku, a przystojny pracownik Konsulatu sprawdza nasze dokumenty i wolno tłumaczy jak złożyć kartkę papieru na pół i umieścić prawidłowo w paszporcie. Potem wręcza każdemu numerek. Nawet się nie rozpychamy, tylko bierzemy uprzejmie i grzecznie ustawiamy się w kolejności przed bramą Konsulatu. Numerki wchodzą grupkami do środka, dają sobie zeskanować bagaże i ciała i już, już prawie i mi udaje się postawić nogę na amerykańskiej ziemi, ale nie. Mam ze sobą telefon komórkowy, ba! dwa telefony nawet, pan ochroniarz niezadowolony, z pretensją mówi, że przecież wisi pouczenie, żeby nie wnosić… no wisi, ale nerwy takie… Wysyłają mnie do depozytu w knajpce obok. Dwa złote przy odbiorze. Bańka? myślę. Eee… Wracam i zabawa ze skanowaniem rozpoczyna się na nowo. Bagaż, ciało i nareszcie wbiegam po schodach na pięterko, gdzie odbywają się kolejne etapy procedury. Ciasna salka z trzema miejscami siedzącymi, w środku tłoczy się kilkadziesiąt osób. Czekamy, nie bardzo wiadomo na co, obserwując przez kuloodporne szyby pracowników pijących poranną kawę. Wreszcie urzędniczki zaczynają wyczytywać nazwiska. Blondyna na biało, nie mogąc powstrzymać emocji, powtarza półgębkiem nazwiska wzywanych, uczy się głośno jak ułożyć rękę do odczytu odcisków palców: „lewa dłoń, palce razem”, mówi robiąc próbę generalną. Tu wciąż jeszcze mamy nadzieję na powodzenie, chcemy wypaść jak najlepiej. Po oddaniu odcisków palców przechodzimy do kolejnej sali, gdzie już każdy może usiąść. Poczekalnia się zapełnia, w napięciu wypatrujemy Konsula , ale nikogo nie widać. Dla relaksu oglądamy sobie film o urodzie Stanów Zjednoczonych. A nuż uda nam się już niedługo zobaczyć to cudo? Oho, chyba się zaczyna. Jak na poczcie, na ekranie kolejno pojawiają się numerki. Ojciec z córką, nr 001, znikają w tajemniczym korytarzu. Po chwili wracają, ale już ich nie ma, nic nie da się wyczytać z twarzy. Blondyna na biało, nr 004, która chwaliła się, że to wyjazd służbowy, znika w czeluściach i zaraz uśmiechnięta przybiega, „ja już” piszczy. Zazdrościmy, rzecz jasna. Obok mnie młoda matka, cała na czarno, martwi się, bo ma nr 033, a przed Konsulatem czeka mąż z 5-miesięcznym dzieckiem. Ile to może potrwać? zastanawiamy się wspólnie. Tymczasem ciągle dochodzą nowi. Sunie dama w średnim wieku z mężem, ubrana jak na przyjęcie, wystrzałowo połyskująca bluzka, sznur pereł i misterny bordo splot na głowie, prosto od fryzjera. Para usadawia się w rzędzie pod ścianą, mamy okazję podziwiać również nienaganną elegancję męża. Tuż za nimi wpada jurny mężczyzna, włosy przyprószone siwizną, teatralne gesty, już od wejścia woła, że tu jak na wojnie, Trzeci Świat czeka na wyrok! Wdaje się w głośną dyskusję z blondynką z warkoczami, ale ja już nie słucham, bo na ekranie pojawia się nr 010, stanowisko 4. To ja. Biorę głęboki wdech i szybko zagłębiam się w ciemny korytarz. Pomieszczenie przypomina pocztę z okienkami kasowymi, gdzie pod czwórką już z daleka uśmiecha się do mnie młody, szczupły blond człowiek w okularach. Uprzejmie mnie witając, pyta dobrą polszczyzną z silnym amerykańskim akcentem: gdzie się wybieram, czy mam rodzinę w USA oraz co będę tam robić? Badać? A co badać? Usiłuje zapisać potok moich słów i nie pozwalając mi się zanadto rozgadać szybciutko mówi: „Pani dostanie wizę”, wręczając mi nr przesyłki kurierskiej, gdzie mogę sprawdzać status mojego paszportu. Paszportu nie byle jakiego, bo zaopatrzonego od teraz w bilet do lepszego świata! Z ulgą i w ciągłym jeszcze podnieceniu wybiegam z Konsulatu, zostawiając za sobą podenerwowany tłum. Kątem oka widzę ojca z córką, nr 001, wychodzących z pobliskiego Kościoła Dominikanów. A więc im też się udało…
22% powiedział
Sierpień 24, 2010 @ 2:12 pm
to był zdaje się piątek 13go
czarnemysli powiedział
Sierpień 30, 2010 @ 10:11 am
byl