kambek
Addis Abeba. 6 rano. Budzisz się dygocąc po krótkim śnie, a wraz z tobą budzi się miasto. Wychodzisz na ulicę, zalewa cię blask porannego słońca przełamującego nocny chłód. Potykasz się o kamienie, w nozdrza wdziera się znajomy zapach spalin i kurzu, po drodze mijają cię znajome sylwetki podążające w górę i w dół. Wspomnienie 7-miesięcznego pobytu w Europie nagle pęka jak bańka mydlana, zacierając wszystko, co zdarzyło się pomiędzy wyjazdem i powrotem. Nie ma, zniknęło. Pozostaje tylko wszechobecna teraźniejszość. Czujesz się, jakbyś nigdy stąd nie wyjeżdżała. Taksówkarz trąbi i bariał! pokrzykuje, czarnuch!, besztając blokującego drogę kierowcę. Jeszcze kilka znajomych twarzy mignie po drodze, przewinie się kilka znajomych miejsc, jeszcze łyk najlepszej na świecie, mocnej i słodkiej kawy i już. Już jesteś u siebie.
Po początkowym cudownym uczuciu zadowolenia z odnalezienia ukochanego miejsca, dopadają cię po kolei rozdrażnienie, zmęczenie i zniechęcenie. Dlaczego ktoś musi cię cały czas nagabywać? Dlaczego musi się kłaść na tobie w taksówce? Dlaczego nie mogą ustalić ceny raz na zawsze? Dlaczego nie potrafią zapamiętać zamówienia? Dlaczego nigdy nie ma papieru? Dlaczego??!! A potem nic cię to nie obchodzi, w ogóle ci nie przeszkadza i z nagła zachłystujesz się najwspanialszym uczuciem absolutnej wolności, tymczasowości i kroczysz dziarsko na spotkanie nieprzewidywalnego jutra. W rzeczy samej. Bo już jutro pytasz znowu – dlaczego nie można w tym kraju załatwić prostej sprawy? Dlaczego nie mogę liczyć na znajomych? Dlaczego obiecują i nie robią? Zaciskasz usta w grymasie niezadowolenia, ale już zaraz zapominasz, rozpromieniasz się, bo ktoś jednak cię pamięta i pomoże, bo zachwycisz się krajobrazem, zanurzysz w najcudowniejszej pod słońcem, kojącej zielonej mazi, wystawisz się na najwspanialsze na świecie promienie, a ptaszki będą śpiewać od rana tylko dla ciebie. I już, już znowu myślisz, że jednak uda ci się przystosować, że chcesz tego, że chcesz tu być. Zamykasz oczy. Trwaj chwilo… Aż tu nagle: bam!!, jak obuchem w głowę wraca ci świadomość, dopada cię kolejny problem i w złości pytasz: co ja tu w ogóle robię? I wiesz, że jednak nie, że to się przecież nie uda, nie potrafisz się jednak przystosować, nie chcesz, bo po co? Że lepiej wracać do domu.
Aż zatęsknisz znowu.
Czy to miłość?
good old Bob
Czy są widoki na poprawę sytuacji w kraju wielkich domów z kamienia? Na stabilizację gospodarcza i polityczną? Na powrót młodzieży zarabiającej za granicą na utrzymanie rodziny?
I tak i nie. W 2009 roku, po 28 latach samotnych rządów prezydenta Roberta Mugabe i partii ZANU-PF, powstał rząd jedności narodowej na czele z Morganem Tsvangirai, liderem opozycyjnej partii Movement for Democratic Change (MDC). Tsvangirai, który niedawno przegrał z Obamą w wyścigu o pokojowa nagrodę Nobla, działał w opozycji od ponad 20 lat. Przeżył liczne zamachy na swoje życie, aresztowania, tortury, a wreszcie, w 2008 roku, klęskę w sfałszowanych wyborach prezydenckich. Po objęciu urzędu premiera odbył podróż do Europy i USA, gdzie spotykał się z przywódcami państw i międzynarodowych instytucji finansowych, ubiegając się o złagodzenie lub zniesienie sankcji gospodarczych i pożyczki. Przyjmowany był życzliwie, otrzymał zapewnienia poparcia. Jednak krucha koalicja co i raz wstrząsana jest niepokojami, kończącymi się, jak na razie, tylko oświadczeniami opozycji o możliwości wycofania się z rządu. Niedługo po objęciu urzędu, w marcu 2009 roku, Tsvangirai podróżował z żoną samochodem przez kraj. Na drodze doszło do kolizji z ciężarówka, w wyniku zderzenia żona premiera zmarła na miejscu, on sam z ciężkimi obrażeniami trafił do szpitala. Spekulacje o możliwości przeprowadzenia przez Mugabe kolejnego zamachu na życie niewygodnego premiera zostały ucięte przez Tsvangirai oświadczeniem, że był to po prostu wypadek drogowy. Czy zrobił to dla dobra rządu jedności narodowej? Jak było naprawdę? Może kiedyś się dowiemy. Obecnie koalicja jest znowu zagrożona. Od lutego 2009 roku trwają próby zaprzysiężenia białego członka MDC, Roya Bennetta, na wiceministra rolnictwa. Ten wywłaszczony farmer, któremu siłą odebrano ziemię, jak sam mówi, uosabia wszystko, czego nienawidzi Mugabe. Dlatego prezydent prawdopodobnie nigdy nie pozwoli, aby ziemią - dobrem o które toczyła się największa walka w okresie po uzyskaniu niepodległości, znowu rozporządzał murungu. Bennett został aresztowany w lutym, oskarżony o zdradę stanu, nielegalne rozprowadzanie broni, terroryzm i bandytyzm. W więzieniu spędził miesiąc. Niedawno postawiono mu nowy zarzut – spisek na życie prezydenta Mugabe. Grozi mu kara śmierci. Tsvangirai twierdzi, że celowo odracza się moment zaprzysiężenia Bennetta. Mugabe mówi, że jest otwarty i przyjmie jego przysięgę, jeśli Bennett zostanie całkowicie oczyszczony z zarzutów. W związku z ta sprawą, MDC przez trzy tygodnie bojkotowało prace rządu. Tsvangirai podkreśla, że opozycja nie wycofuje się jeszcze z rządu. Jeszcze nie.
Mugabe, good old Bob, jak kiedyś nazywali go biali Zimbabweńczycy, nie daje za wygraną. Tsvangirai jeszcze się nie poddaje. Wydalony z Zimbabwe expert Unii Europejskiej twierdzi, że ten rząd nie jest efektywny. Jednak koalicja, choć schorowana, daje ludziom nadzieję na lepsze jutro. Pozwala wierzyć, że jeszcze będzie przepięknie, jeszcze będzie normalnie…
five o’clock
Co jada Zimbabweńczyk? Co pija?
Zimbabweńczyk odżywia się ciężko. Brytyjskie wpływy zdominowały jego kulinarne zwyczaje. Je dużo mięsa, rozmaitych kiełbas wędzonych, suszonych, grillowanych, bekonów smażonych, a także parówek, sera żółtego, białego pieczywa, masła orzechowego, fasoli, afrykańskich patatów. I kukurydzy, podstawy biednej, czarnej kuchni. Najprostsze i zarazem najczęściej jadane danie to sadza – ugotowana w wodzie bez przypraw papka z przemielonej kukurydzy, podawana z prostym sosem ze świeżych pomidorów i cebuli. Do tego muriwo – miejscowy szpinak lub inne liście posiekane i usmażone z cebulą, czosnkiem i przyprawami. No i oczywiście smażony lub grillowany kawał mięsiwa. Lekka kuchnia nie jest tu ani znana, ani lubiana.
Za dnia Zimbabweńczyk plotkuje przy herbatce. Na przykład przy czerwonej Rooibos z RPA, koniecznie z mlekiem. Wieczorem siedzi w pubie, popijając lokalne piwo Lion lub importowaną z RPA Coronę. Przekąsza paskami marynowanej w przyprawach, ususzonej na wiór szynki – biltong. Chętnie pali lokalnie produkowane papierosy. Tytoń dobry, bo swój. Swą potęgę Rodezja czasów kolonistów zbudowała miedzy innymi na eksporcie tego cenionego w świecie tytoniu.
Korona brytyjska od dziesięcioleci ma tu nieprzerwanie swoje interesy. Królowa Elżbieta posiada farmy w Zimbabwe, skąd świeże mięsko trafia wprost na stoły Buckingham Palace. A książę Harry jeszcze do niedawna kochał się w Chelsy Beverly, córce jednego z najbogatszych białych Zimbabweńczyków. I choć para myślała nawet o ślubie, Pałac podobno kręcił nosem na taki mezalians. Bo Zimbabwe bieduje.
Stagnacja gospodarcza spowodowana sankcjami nie pozwala na wykarmienie dwunastu milionów obywateli. Zatem składniki ciężkiej kuchni dostępne są wyłącznie dla nielicznych. Można je kupić za dolary w supermarketach, dość dobrze zaopatrzonych produktami importowanymi głównie z RPA. Obrazowe worki z milionami zimbabweńskiej waluty, warte bochenek chleba, to już przeszłość. Galopująca inflacja została doraźnie zahamowana przez wprowadzenie do obiegu twardej waluty. Ceny podaje się w dolarach amerykańskich, południowoafrykańskim randzie i botswańskiej puli. W sklepach, obok podobizny prezydenta Mugabe, wisi tablica z aktualnym kursem dolara. W obiegu nie ma monet. Jeśli płacisz w dolarach, resztę wydadzą ci w randach, a jeśli nie wyjdzie równo, poproszą o dokupienie cukierka, loda, gumy lub wypiszą kwit na nieszczęsną końcówkę. Zrealizujesz przy okazji następnej wizyty.
Jednak z powodu braku inwestycji zagranicznych twardej waluty nie starcza. Kraj nie ma czym płacić za potrzebne produkty. Przemysł w tarapatach. Brakuje prądu i bieżącej wody. Jedyna zapora na rzece Zambezi nie naprodukuje energii dla całego kraju. Gdyby Zambia podzieliła się nadwyżką, którą ta sama zapora dla niej produkuje… Ale Zimbabwe nie ma czym zapłacić.
Minister finansów Tendai Biti zapowiada, że dolar zimbabweński nie wróci do łask, dopóki gospodarka kraju się nie ustabilizuje.

ebony & ivory
Harare, stolica Zimbabwe. Czerwona ziemia. Czerwona afrykańska ziemia. Czerwony kurz. Jacaranda city, jak je nazywają. Fiolet i zapach tych kwitnących drzew jest obecny na każdym rogu miasta. Nie widać ani żebraków, ani slumsów. Nie połyskuje znajomo w słońcu blacha falista. Jak na Afrykę, miasto wręcz wyludnione. Czyste, dobrze oznakowane szerokie ulice, których lewą stroną jadą spokojnie nie-trąbiąc nie-rozwalające się samochody różnych marek. Królują mazdy. Pick-upy. Samochodom towarzyszą rowery mknące po ścieżkach wzdłuż jezdni. Paliwo nie-pierwszej-jakości, ale ruch na ulicach nieduży, spaliny nie duszą więc żywcem. Między pasami młodzi chłopcy sprzedają mydło i powidło. Nienachalnie. Przy niedzieli, po czerwonoziemych chodnikach grupkami ciągna na spotkania na placach, boiskach i pod drzewami ubrani na biało członkowie rozmaitych kościołów protestanckich. Nikt nie zaczepia. Nikt nie krzyczy. Zaczynasz się zastanawiać – czy ja na pewno jestem biała? No jesteś. To dlaczego nikt nie zaczepia?
Dlatego, że z dziada pradziada Zimbabwe to także ojczyzna białych. Obywatel Zimbabwe, który tu się urodził i wychował jest i czarny i biały. Ebony&Ivory. Twoja obecność nie jest tu wydarzeniem. No może trochę. Ale to tylko dlatego, że po twoim kolorze skóry, po angielskim z dziwnie nierozpoznawalnym akcentem i po towarzyszącym ci czarnym mężczyźnie od razu rozpoznają, że nie jesteś miejscowa. Miejscowi biali nie mieszają się z czarnymi. A czarni nie mieszają się z białymi. Choć apartheid teoretycznie jest już historią, wciąż głęboko tkwi w mentalności obu ras.
Murungu – biały Zimbabweńczyk. W wolnym tłumaczeniu „szefo”. Człowiek w średnim wieku, przedsiębiorca lub farmer, choć tych ostatnich została tylko garstka. Mieszka w najlepszej dzielnicy na północy miasta, w wielkim domu z pięknym ogrodem i służbą, otoczonym wysokim płotem z drutem kolczastym pod napięciem. Murungu nie chodzi. Murungu porusza się samochodem, najchętniej z wyższej półki. Mówi po angielsku. Stołuje się w najlepszych restauracjach. Zobaczysz go w towarzystwie innych białych. Patrzysz na murungu i niby biały, ale coś ci nie pasuje. Murungu jest zniszczony słońcem. Jego biała skóra jest wysuszona i pomarszczona. Ubiera się dziwnie, nie podążając za żadnym ze znanych ci trendów. Stoi przed tobą w sklepowej kolejce, z wielka dziurą na plecach gustownej, białej koszuli i byle jaką blond fryzurą. W miarę lokalnych możliwości zapewne zadbany, wydaje ci się zapuszczony. I jego dopadł afrykański luz, choć murungu bronił się przed nim przez długie dziesięciolecia. Spychając autochtonów na margines życia, próbował stworzyć tu namiastkę Europy, prywatne państwo na dnie Afryki. I prawie mu się udało, ale w końcu przyszedł rządzić czarny. Czarny wygnał murungu z jego kraju. Zabrał mu ziemię i spalił dom. Murungu wysłał dzieci do Europy, a sam został, bo tu przecież zapuścił korzenie. Niedawno do lokalnej społeczności murungu dołączyli uchodźcy z Bałkanów. Spotkasz tu np. Serbów, którzy już nie są Serbami, ale Zimbabweńczykami.
Ponieważ nigdzie nie widać turystów, twoja obecność SPACERUJĄCEJ SAMOTNIE PO DOWNTOWN obcej jest zauważona. Murungu nie spaceruje. A gdyby mu się nawet zdarzyło spacerować, to nie samotnie i nie po downtown.
„Myślą, że skoro są biali, mają boskie prawo do naszych bogactw. Nie tutaj. Biały człowiek nie pochodzi z Afryki. Afryka jest dla Afrykanów, a Zimbabwe jest dla Zimbabweńczyków.” Prezydent Robert Mugabe.
when the heat hits you, then you know…
Tego powietrza nie da się pomylić z żadnym innym uderzeniem gorąca. Po ponad dziesięciu godzinach męczarni z samolotową klimatyzacją, dramatycznie suchym powietrzem, wtłaczanym ci bezpardonowo w nozdrza, wreszcie wysiadasz i wiesz, gdzie jesteś. Chociaż jako ‘transit passenger’ nie opuszczasz lotniska, te zapachy ludzkiego potu i palonej przez słońce mokrej ziemi, choć na chwile wypierają podniebną suchość, którą przywozisz tu w sobie. Te wolno i leniwie poruszające się sylwetki, niedbale rozwalone na krzesłach i gdzie popadnie (byle nie na podłodze!! kto to widział siadać na podłodze!!), nawykłe do czekania godzinami, wodzące od niechcenia wzrokiem na prawo i lewo rozczulają cię niewymownie. Wpadasz znowu w czułe objęcia Mamy Afryki. To Nairobi. Jomo Kenyatta Airport.
Po kilku miesiącach spędzonych w Europie zapominasz, że istnieje różnica pomiędzy zwykłą Europą a tą lepszą Afryką. Nagle lądujesz na równiku i to wrażenie nieuchronnie cię znów dopada. Niby wszystko to samo, ale jednak nie. Gdzie ta różnica? Trudno ją nazwać, trudno jej dotknąć, pokazać palcem, że o tu, w tym miejscu. Ale wiesz, że jest. Niby wszystko to samo, ale w Afryce troszkę inaczej. Zgadujesz, że chodzi o porządek. O organizację. O sumienność i gorliwość. O utrzymanie w czystości. Porządku, organizacji, sumienności i gorliwości w Afryce brak. Czystości brak. Ten brak sprawia, że krzesło, jeśli się zepsuje, to ani się go nie naprawia, ani nie wymienia. Jest krzesło, ale jest zepsute, podczas gdy w Europie jest już naprawione lub zastąpione nowym. Ale wciąż i tu i tu jest krzesło. To jest ta różnica. W stolicy kraju afrykańskiego znajdziesz praktycznie wszystko, czego ci do życia potrzeba, ale właśnie swoiste dla obu miejsc podejście do produktu i usługi stanowi tę różnicę. Kiedy długo przebywasz w Afryce, niechybnie zatracasz świadomość jej istnienia. Wydaje ci się, że jeśli jest supermarket, że jeśli kasa fiskalna, to przecież tak jak w Europie. A kiedy wracasz do Europy, powala cię jej przepych, to bogactwo, pedanteria, że wszystko równo i porządnie. Bezbłędnie. I przetarte do błysku. A kasa fiskalna jakaś taka nowością pachnąca. Ale znowu szybko zapominasz i jak mówią w BBC, że Afryka zacofana, oburzasz się wewnętrznie. A kiedy tu wracasz, znowu cię dopada różnica. I tak w kółko. Ta różnica jest wynikiem wszechobecnego afrykańskiego luzu, który przecież tak ceni sobie Europejczyk spędzający wymarzone wakacje na czarnym kontynencie. Żeby wreszcie odetchnąć od tego strasznego pośpiechu i tej europejskiej akuratności.
Czas udać się do właściwego gejtu. Do odlotu samolotu tylko godzina. Pasażerowie prawie wyłącznie czarni. Cierpliwi. Mija godzina. Nic. Półtorej. Duszno, parno, gorąco, czujesz jak puchną ci stopy. Nagle komunikat, że pasażerowie lecący do Entebe i Kilimandżaro niech udają się pospiesznie do gejtu nr 9. Zaraz, zaraz, to przecież mój gejt, ale mój lot jest do Harare przez Lusakę! Spokojnie, to pewnie pomyłka. Godzina czterdzieści pięć. Garstka pasażerów, w tym widowiskowych dwóch białych księży katolickich w sutannach, pcha się przez mój gejt do samolotu do Entebe i Kilimandżaro. A co z nami, pasażerami do Zambii i Zimbabwe? Halo?? Tu jesteśmy!! Mija kolejne, parne pietnaście minut i wreszcie uśmiechnięty jegomość w odblaskowej żółtej koszulce zaprasza pasażerów do samolotu Kenya Airways do Harare. Dwie godziny opóźnienia. W samolocie wszystkiego pięciu białych a i czarnych niezbyt wielu. Trochę dosiada się w Lusace, ale oni przez Harare do Nairobi wracają, samolot robi pętlę. Do Zimbabwe się raczej nie lata. Bo niby po co? Okrutny prezydent i galopująca inflacja, wszyscy to wiedzą. Choć mówią, że pięknie. Ale to może dopiero, jak się sytuacja ustabilizuje.
Na płycie lotniska dwa samoloty. South African i Air Zimbabwe. Ponoć jedyny, jakim dysponują lokalne linie. A teraz dołącza nasz, Kenya Airways. Lata tu jeszcze Ethiopian. A gdzie inni operatorzy? Nie ma. Powód – sankcje gospodarcze. Za to, że Mugabe białych wymordował.
Godz. 02:00. Pierwszy oddech zimbabweńskim, nocnym powietrzem.

brownie
UWAGA! to nie jest produkt na bazie Murzynka!
ciasto:
2 tabliczki gorzkiej czekolady (200 g, najlepiej Wedla)
1 kostka masła (200 g)
10 dkg mąki
30 dkg cukru kryształu
6 całych jaj
5 dkg drobno posiekanych orzechów włoskich lub migdałów
polewa:
2 gorzkie czekolady (200 g, najlepiej Wedla)
250 ml smietanki 30%
wykonanie:
Masło i czekoladę roztapiamy w miseczce aluminiowej nad garnkiem z wrzącą wodą. Odstawiamy, aby płyn nieco ostygł.
Białka ubijamy mikserem na sztywną pianę (można dodać szczyptę soli, jeśli są oporne), pamiętając, aby obroty maszyną wykonywać w jednym tylko kierunku.
Następnie do piany dodajemy żółtka, ubijamy mikserem.
Potem cukier powoli łączymy z resztą.
Następnie przestudzoną czekoladę z masłem traktujemy mikserem do uzyskania pożądanej, jednolitej brązowej barwy.
Na koniec mąka i orzechy trach, ciach i ciasto gotowe.
Przelewamy do wyłożonej pergaminem brytfanny o optymalnych wymiarach 30×60 cm.
Nagrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni.
Pieczemy ok. 20 min. Ciasto wygrzewające się w piekarniku należy sprawdzić wykałaczką – jeśli wykałaczka jest sucha – voila! – ciasto gotowe. Odstawiamy do przestudzenia i przystępujemy do przygotowania polewy.
A jak? Pozostałe dwie gorzkie czekolady topimy razem ze słodką śmietanką w miseczce i tym gęstym, gorącym płynem, w jakże lubianym przez nas kolorze, polewamy równomiernie wypiek. Osoby kreatywne zachęcam do ozdabiania ciasta wedle uznania i uzdolnień.
A WSZYSTKO TO ZDROWE, SMACZNE I TŁUSTE!

teskno mi bedzie…
do Darii, Sylwii i Leo, do Monici oraz naturalnie wyjatkowo bardzo do Faraia
do slonca i wiatru
do Langano
do Bahyr Daru i jeziora Tana
do Walliego
do Yassyra
do basenu w Ghion
do babskich wieczorow w naszym mieszkanku
do klubu Harlem Jazz
do reggae life
do wznoszenia toastu za happy and wonderful Saturday
do zucia czatu
do nocnych powrotow do domu
do niedzielnych przedpoludni z Daria
do niedzielnych popoludni na Bole Tele
do poniedzialkowych porankow z Sylwia i Monica w moim biurze
do chodzenia na skroty do domu
do robienia zakupow w okolicznym slepie z mydlem i powidlem
do widoku dzieci w kolorowych mundurkach maszerujacych do szkoly
do etiopskiej kawy, a zwłaszcza do tykur makiato
do croissantow z La Parisienne
do Piassa, a zwlaszcza do Pizza Corner
do ynkylal fyrfyr beyndzera
do bananow i avokado
do ambo belomi
do amharskiego
do etiopskich zapachow
do etiopskiej muzyki koscielnej na ulicach i w taksowkach z rana
do muzycznych pobudek z pobliskiego kosciola
do zwierzat na ulicach
do znajomych widokow w trasie na poludnie
do etiopskiego nieba w nocy
do roznorodnosci etnicznej i kulturowej
do uczucia, ze to nie jest prawdziwe zycie
do pisania bloga o zyciu w Etiopii
do kazdego dnia, ktory tu spedzilam.
Etiopio, bede za toba tesknic!
I will miss you badly Ethiopia!
Itjiopia, yenie fykyr, betam tefasz!















brand awareness?
Najwieksza agencja reklamowa w Etiopii. Klient zamowil reklame telewizyjna ciasteczek. Chcial, zeby byla nietuzinkowa. Nie taka, jak maja konkurenci. Zeby byla inna, zeby sie odrozniala. Prosze bardzo. Brief zaakceptowany – nasze zadanie to zbudowac swiadomosc marki. Zeby nazwa i pozadane wlasciwosci produktu zapadly konsumentom w pamieci. Swietnie, to lubimy. Scenariusz przedstawiony, klient zadowolony. Tak, podoba sie, chce wlasnie taka. Rach, ciach, pisemna zgoda. No to zabieramy sie do pracy. Klient cierpliwy, wyrozumialy, daje czas i wolna reke. Takich klientow nam trzeba. Ale ciasteczka to biznes rodzinny, wkrotce do dwoch braci dolacza siostra. I sypie pomyslami jak z rekawa. Kobieta, myslisz, beda problemy, bedzie wymagac, myslec, sto razy zmieniac zdanie. Bedzie wiecznie niezadowolona. Walczysz, odrzucasz kolejne wspaniale rozwiazania marketingowe, smiale amatorskie egzekucje kreatywne. Bo my to jednak chcemy, zeby biale dzieci obok etiopskich, mowi, bo to teraz w dobrym tonie. Takie international community stworzmy, pokazmy, ze na swiatowym poziomie jestesmy. A target group? Grupa docelowa? Przeciez brief wyraznie mowi, ze to etiopskie dzieci w wieku szkolnym. To po co dzieci ferendża w to mieszac? Przekaz bedzie mylny. Dziecko z etiopskiej szkoly nie utozsami sie z produktem, pomysli, ze przeznaczony jest dla dziecka bialego, nie dla niego. No i jezyk. Przeciez byla zgoda, ze po amharsku. A dziecko ferendża? Dziecko ferendża uczy sie po angielsku. To jak etiopskie dziecko ma sie utozsamic? Przeciez po amharsku go ucza, po angielsku nie zrozumie. Komunikat bedzie niespojny, nie dotrze, gdzie trzeba. No dobrze, moze masz racje, mowi w koncu klientka. Ufff. No to zapraszamy za tydzien, na prezentacje kreatywna. Surowy material pokazemy, z mozliwoscia korekty. Przychodzi klient rodzinny, zasiada, kawke popija. I oglada. Raz, drugi, trzeci. Mina nie obwieszcza nic dobrego. No nie wie. Cos mu sie nie podoba. Nie podoba sie? Ale co sie nie podoba? No nie podoba sie, ze tych ciasteczek tak malo pokazane, nie widac, i smak tylko jeden. A przeciez post mamy, postny smak trzeba pokazac i ciasteczka caly czas powinny byc na wizji. No tak, ale pracujemy nad generykiem, reklama na wszystkie okazje, nie tylko na post i caly czas o ciasteczkach przeciez mowimy, zeby nazwe utrwalic, do glowy zeby wbic w kolko powtarzamy. Swiadomosc marki kreujemy. To jak za malo ciasteczek jest? Ale jednak wciaz klient niezadowolony. Bo czy to dotrze do dzieci wiejskich? Do dzieci wiejskich?! Toż to promil grupy docelowej! A skad one te ciasteczka wezma? Przeciez do najblizszego sklepu 10 km… Wjnie zarie, besmam… Moze, zanim zapadnie decyzja, ze reklama nie spelnia wymagan, pozwolmy dzieciom ja zobaczyc? Niech same ocenia. W koncu to nie jest reklama dla doroslych. No dobrze, dzieci nasze przyprowadzimy, ale zarzad tez, zarzad niech zdecyduje. Ok., yszi, tylko zeby te dzieci na pewno. No to w poniedzialek. Sa, dwoje dzieci w wieku szkolnym, w sam raz. Ale i dwoch starszych panow. I dwie panie i brat. Od progu niezadowoleni. Siadajcie, ogladajcie, herbatka, kawka, szaj, bunna, mynamyn. Dyrektor kreatywny nie odrywa oczu od dzieci. A tym wyraznie buzki sie rozjasniaja. Podoba sie, no podoba. No fajnie jest, jak u nas w szkole. Jak w klasie naszej na lekcji. Ale, ale! W naszej kulturze dzieci nie beda sie wypowiadac. A juz na pewno nie beda decydowac. Kto to widzial, zeby dziecko decydowalo? To my, starszyzna, szymagile, my podejmujemy decyzje. A my mamy wiele pytan i wiele watpliwosci. Bo dlaczego ten nauczyciel takim groznym wzrokiem patrzy? I do czego to podobne, zeby dzieci w klasie ciasteczka jadly? Kto to widzial? I dlaczego takie niezdyscyplinowane, kiedy do klasy wchodza? He? Tak nie moze byc. I jak sie te dzieci odzywaja do nauczyciela? Co to znaczy YO? No YO to nazwa waszych cisteczek przeciez jest. Moze i nazwa, ale w naszej kulturze nie mozna sie tak zachowywac, my tak nie wychowujemy naszych dzieci, rzecze starszyzna. No ale przeciez swiadomosc marki, brand awareness przeciez… Zeby nazwe dzieci zapamietaly. Czy nie to was interesuje? No interesuje, ale nie za cene niewlasciwej edukacji naszych pociech. To trzeba jakos inaczej wszystko. Wy nie rozumiecie naszej kultury. Tak nie mozna sie w szkole zachowywac. Dziecko ma byc zdyscyplinowane, ciasteczka moze sobie jesc na przerwie i koniecznie z innymi dziecmi ma sie dzielic. Beka. Nikt nas nie bedzie uczyl, jak mamy nasze dzieci wychowywac, yndie? Tez cos. My szanujemy nasza kulture. No tak, ale na przerwie to sie usmiechniete dzieci dziela wrogimi ciasteczkami, w reklamach wszystkich konkurentow, a wy przeciez nalegacie, ze ma byc cos innego. Takiego niestandardowego…
Beka. Nasz klient, nasz pan….
A takie piekne, brand awareness rozszerzajace filmy mozna zrobic…
zlosliwosc ludzka nie zna granic
Etiopczyk to taki przyjazny i kulturalny czlowiek.
Czy aby na pewno?
Rano wepcha sie bezczelnie przed ciebie do taksowki, zwyczajnie cialem zablokuje ci droge. Nie dasz pieniedzy zebrzacemu na ulicy? Przeklnie cie. Bo przeciez mu sie nalezy. W pracy nie odpowie na twoje dzien dobry, nie okaze ci zainteresowania. Poprosisz o przysluge? Nie pomoze. Nie da sie. Zwyczajnie sie nie da. Sprobuje roznych sposobow, zeby cie stad wykurzyc. Jesli nie uda mu sie przepedzic cie za twoimi plecami – zacznie zatruwac ci zycie. Bo lepiej zebys mial trudno, wtedy nie zostaniesz tu zbyt dlugo. Zapomni zrobic, o co go poprosisz, bedzie robic zle, niedbale, nie bedzie wkladac serca, nie dotrzyma terminu. Bedzie cie zbywac, oklamywac, okazywac zniecierpliwienie, bedzie udawac, ze nie rozumie, o czym mowisz. Bedzie ci pokazywac, ze jestes niekompetentny, niekulturalny, ze nie dbasz o drugiego człowieka. Z nim tak latwo nie wygrasz. Powie ci, ze kultury jego nie rozumiesz i nie szanujesz swietosci. Bedzie cie obgadywac glosno, dopoki sie nie zorientuje, ze rozumiesz jego mowe. Potem bedzie cie obgadywac po cichu, na stronie. Bedzie probowal zlapac cie na klamstwie, wytknie ci bledy. Nie bedzie sie do ciebie usmiechac. Bedzie ci robil male zlosliwostki, takie tynnysz, tynnysz, zeby nieustannie trzymac cie w stanie poddenerwowania. Pod twoja nieobecnosc bedzie sie czestowac twoimi rzeczami. Poczestujesz go sam chipsem? Wezmie cala paczke. Pozyczysz mu cos? Nie odda albo odda zniszczone. Umowisz sie z nim? Nie przyjdzie, nie zadzwoni, bedzie marnowal twoj czas. W drodze powrotnej z pracy, kiedy cie zaczepi niesmacznie, a ty go zignorujesz, przeklnie cie, splunie ci pod nogi. Zapytasz w ktora strone isc? Pokaze ci przeciwny kierunek, po co masz wiedziec jak trafic? W sklepie oszuka cie na kilka byrrow. W domu ukradnie ci ubranie ze sznurka, podbierze to i tamto. Wieczorem w klubie zaczepi cie, bedzie opowiadal ci bajki, bedzie cie probowal zbalamucic. Nie dasz sie? Obrazi cie. Opowie innym niestworzone historie na twoj temat. Bedzie ci grozil.
Uwazaj. Nie panosz sie. Jestes pod stala obserwacja.













