head over heels in love
Kucając pod ścianą pali papierosa. Obserwuje zbliżającego się czarnego mężczyznę z dużym plecakiem, który zrównuje się z nią i zagląda do kosza na śmieci. Dostrzega, że go obserwuje, denerwuje się i zaczyna wykrzykiwać coś w rodzaju: YEAH! THAT’S RIGHT! YOUR BLACK BRO IS LOOKING FOR HIS BREAKFAST! Krzyczy dalej oddalając się, ale częściowo go nie rozumie, częściowo już nie słyszy. Śledzi przejeżdżające ulicą wypucowane cadillaki i chevrolety na numerach stanu Illinois. Zamyka oczy. Potrafi sobie bez trudu przypomnieć głos i akcent czarnego mężczyzny. Nie do pomylenia z białym.
***
Z nosem przyklejonym do szyby przygląda się wysokim, ciągnącym się w nieskończoność mostom i estakadom. Pod nimi wyludnione, błotniste niby-place-budowy, kończące się nagle jezdnie, zaparkowane brudne dźwigi, betoniarki, hałdy gruzu. Przy ulicy nieogrodzone domy stoją tak blisko siebie, że można podać sąsiadowi przez okno szklankę wody. Prawym pasem ciągnie do Michigan sznur wielkich ciężarówek. Połyskują w słońcu kolorowe, dziobate kabiny i chromowane naczepy. Na opuszczonych szybach spoczywają leniwie brązowe i czarne łokcie kierowców. Buckle up! – przypomina jeden ze znaków informacyjnych.
***
Zapach kawy niesie się po korytarzu. Podchodzi do kasy i nie potrafiąc zdecydować się na żaden z ciężkich i tłustych zestawów śniadaniowych, przesadnie przeciągając samogłoski zamawia szooort kaaafii. Dolewa obficie mleka, słysząc gdzieś za sobą: Have a good daa-aay! wyśpiewane przez promiennie uśmiechniętą ekspedientkę, żegnającą jednego z klientów. W pogodnym nastroju mija recepcję, odwzajemnia radosny uśmiech obsługi o równych, białych zębach i wychodzi. Widzi w oddali nadjeżdżający autobus, zaczyna biec, spieszy się. Autobus zatrzymuje się na jej wysokości, kierowca otwiera drzwi i rzuca: Wskakuj! Zdaje się, że nie miałaś zamiaru iść na piechotę?
***
Telewizja ABC nadaje taniec z gwiazdami. W przerwach reklamy środków na depresję, samochodów i usług prawnych. Próbuje zdążyć do łazienki, nie chce przegapić występu Jennifer Grey. Siedząc na sedesie wgapia się w naklejkę z numerem telefonu na wypadek myśli samobójczych. Kiedy wraca, Jennifer opłakuje śmierć Patricka Swayze. Na pasku w górze ekranu pojawia się ostrzeżenie o silnych burzach z piorunami przewalających się przez hrabstwa stanu Michigan. W nocy budzą ją grzmoty i błyskawice. Zasypiając próbuje sobie przypomnieć, jak postępować w razie tornado.
***
W sobotni wieczór kampus zalewają biało-zielone barwy Spartans Michigan. Próbuje wyminąć kibiców ściągających z całego stanu na mecz futbolu amerykańskiego z drużyną Notre Dame Indiana. Siedzą w zielonych namiotach, jedzą frytki z majonezem, chipsy i grillowane mięso, popijają piwem. Całe rodziny wystroiły się w czapki, koszulki, dresy, a nawet majtki w barwach ukochanej drużyny. Jakiś desperat próbuje jeszcze kupić bilet. Cheerleaderki maszerują ulicą krzycząc: Go Green! Go White! Ulega nastrojowi sportowych emocji. Wynik: 34 do 31 dla naszych. W walizce leżą biało-zielone pom pom.
***
Pociąg wjeżdża na stację East Lansing z przeciągłym, urywanym gwizdem. Z jednego z wagonów wychyla się nieostrożny konduktor, zdejmuje czapkę i wymachując nią wykrzykuje w kierunku oczekujących podróżnych: KTO DO CHICAGO, NIECH WSIADA, NIECH SIĘ NIE OCIĄGA! Usadawia się w przedziale. Budzi ją nieznośne szuranie azjatyckich stóp. Po chwili z sąsiedniego fotela dobiega głośne ciamkanie i histeryczny śmiech młodych Chińczyków. Komórka przypomina o zmianie czasu na GMT -5.
***
Podchodzi do czarnej pracownicy Chicago Union Station. Excuse me Ma’am, how do I get to the nearest Blue Line stop? Kobieta cierpi na jaskrę, tłumacząc spogląda gdzieś ponad nią, sztuczna szczęka utrudnia mówienie. Mijając kolejne przecznice zagląda w zakamarki wąskich uliczek, omiata wzrokiem zawieszone wysoko schody pożarowe, spadające prosto w otchłań ogromnych pojemników na śmieci. W metrze z żalem słucha ostatnich napomnień, aby używając odtwarzaczy muzyki lub innych elektronicznych urządzeń nie przeszkadzać współpasażerom. God Bless America, nuci pod nosem…
B-1
Rześki piątkowy poranek, Konsulat Stanów Zjednoczonych w Krakowie. Naprzeciwko budynku zebrała się grupka oczekujących na wszczęcie procedury wizowej. Wszyscy czyści i pachnący – w informatorze dla ubiegających się o wizę wyraźnie czytamy, że do Konsula trzeba przyjść umytym. Pachnąc przyjemnie, stoimy stłoczeni na chodniku, a przystojny pracownik Konsulatu sprawdza nasze dokumenty i wolno tłumaczy jak złożyć kartkę papieru na pół i umieścić prawidłowo w paszporcie. Potem wręcza każdemu numerek. Nawet się nie rozpychamy, tylko bierzemy uprzejmie i grzecznie ustawiamy się w kolejności przed bramą Konsulatu. Numerki wchodzą grupkami do środka, dają sobie zeskanować bagaże i ciała i już, już prawie i mi udaje się postawić nogę na amerykańskiej ziemi, ale nie. Mam ze sobą telefon komórkowy, ba! dwa telefony nawet, pan ochroniarz niezadowolony, z pretensją mówi, że przecież wisi pouczenie, żeby nie wnosić… no wisi, ale nerwy takie… Wysyłają mnie do depozytu w knajpce obok. Dwa złote przy odbiorze. Bańka? myślę. Eee… Wracam i zabawa ze skanowaniem rozpoczyna się na nowo. Bagaż, ciało i nareszcie wbiegam po schodach na pięterko, gdzie odbywają się kolejne etapy procedury. Ciasna salka z trzema miejscami siedzącymi, w środku tłoczy się kilkadziesiąt osób. Czekamy, nie bardzo wiadomo na co, obserwując przez kuloodporne szyby pracowników pijących poranną kawę. Wreszcie urzędniczki zaczynają wyczytywać nazwiska. Blondyna na biało, nie mogąc powstrzymać emocji, powtarza półgębkiem nazwiska wzywanych, uczy się głośno jak ułożyć rękę do odczytu odcisków palców: „lewa dłoń, palce razem”, mówi robiąc próbę generalną. Tu wciąż jeszcze mamy nadzieję na powodzenie, chcemy wypaść jak najlepiej. Po oddaniu odcisków palców przechodzimy do kolejnej sali, gdzie już każdy może usiąść. Poczekalnia się zapełnia, w napięciu wypatrujemy Konsula , ale nikogo nie widać. Dla relaksu oglądamy sobie film o urodzie Stanów Zjednoczonych. A nuż uda nam się już niedługo zobaczyć to cudo? Oho, chyba się zaczyna. Jak na poczcie, na ekranie kolejno pojawiają się numerki. Ojciec z córką, nr 001, znikają w tajemniczym korytarzu. Po chwili wracają, ale już ich nie ma, nic nie da się wyczytać z twarzy. Blondyna na biało, nr 004, która chwaliła się, że to wyjazd służbowy, znika w czeluściach i zaraz uśmiechnięta przybiega, „ja już” piszczy. Zazdrościmy, rzecz jasna. Obok mnie młoda matka, cała na czarno, martwi się, bo ma nr 033, a przed Konsulatem czeka mąż z 5-miesięcznym dzieckiem. Ile to może potrwać? zastanawiamy się wspólnie. Tymczasem ciągle dochodzą nowi. Sunie dama w średnim wieku z mężem, ubrana jak na przyjęcie, wystrzałowo połyskująca bluzka, sznur pereł i misterny bordo splot na głowie, prosto od fryzjera. Para usadawia się w rzędzie pod ścianą, mamy okazję podziwiać również nienaganną elegancję męża. Tuż za nimi wpada jurny mężczyzna, włosy przyprószone siwizną, teatralne gesty, już od wejścia woła, że tu jak na wojnie, Trzeci Świat czeka na wyrok! Wdaje się w głośną dyskusję z blondynką z warkoczami, ale ja już nie słucham, bo na ekranie pojawia się nr 010, stanowisko 4. To ja. Biorę głęboki wdech i szybko zagłębiam się w ciemny korytarz. Pomieszczenie przypomina pocztę z okienkami kasowymi, gdzie pod czwórką już z daleka uśmiecha się do mnie młody, szczupły blond człowiek w okularach. Uprzejmie mnie witając, pyta dobrą polszczyzną z silnym amerykańskim akcentem: gdzie się wybieram, czy mam rodzinę w USA oraz co będę tam robić? Badać? A co badać? Usiłuje zapisać potok moich słów i nie pozwalając mi się zanadto rozgadać szybciutko mówi: „Pani dostanie wizę”, wręczając mi nr przesyłki kurierskiej, gdzie mogę sprawdzać status mojego paszportu. Paszportu nie byle jakiego, bo zaopatrzonego od teraz w bilet do lepszego świata! Z ulgą i w ciągłym jeszcze podnieceniu wybiegam z Konsulatu, zostawiając za sobą podenerwowany tłum. Kątem oka widzę ojca z córką, nr 001, wychodzących z pobliskiego Kościoła Dominikanów. A więc im też się udało…
bluebird
there’s a bluebird in my heart that
wants to get out
but I’m too tough for him,
I say, stay in there, I’m not going
to let anybody see
you.
there’s a bluebird in my heart that
wants to get out
but I pur whiskey on him and inhale
cigarette smoke
and the whores and the bartenders
and the grocery clerks
never know that
he’s
in there.
there’s a bluebird in my heart that
wants to get out
but I’m too tough for him,
I say,
stay down, do you want to mess
me up?
you want to screw up the
works?
you want to blow my book sales in
Europe?
there’s a bluebird in my heart that
wants to get out
but I’m too clever, I only let him out
at night sometimes
when everybody’s asleep.
I say, I know that you’re there,
so don’t be
sad.
then I put him back,
but he’s singing a little
in there, I haven’t quite let him
die
and we sleep together like
that
with our
secret pact
and it’s nice enough to
make a man
weep, but I don’t
weep, do
you?
by Charles Bukowski
lepszy Bóg
Dawno, dawno temu biały człowiek wiedziony pokusą bogactw legendarnych kopalni króla Salomona wybrał się na dalekie Południe. Jednak w rajskiej krainie nie łatwo było się wzbogacić. Na przeszkodzie stał bowiem nagi, dziki, czarny człowiek, władca buszu. Biały podstępnie użył swojego Boga do zdobycia wielkich skarbów ziemi czarnego. Przekonywał, że bóstwa czarnego to pogaństwo, jego kultura prymitywna, a system społeczny zacofany. Nie chciał się czarny przekonać po dobroci? Poczuł ostrze noża i zapach prochu. Módl się do naszego Boga, słuchaj nas pilnie i rób co każemy, a poznasz, co to obfite życie – pouczył biały, zabierając czarnemu jego skarby.
A czym w istocie różni się kultura białego od kultury czarnego? Bóg białego od Boga czarnego?
Kim jest ksiądz, jeśli nie szamanem, okadzającym ciężko pachnącym dymem stół, odprawiającym tajemne modły nad kielichami wypełnionymi winem i waflami, które zamienia w krew i ciało Boga? I które potem oskarżający czarnego o kanibalizm biały człowiek zjada z namaszczeniem?
Czym różni się stojący nad ogniskiem kapłan, przebrany w kolorowy strój, który wbija tajemnicze gwoździe w wielką świecę i mówi „niech światło was prowadzi”, od tańczących przy tym samym ognisku gdzieś w buszu przy dźwiękach bębnów?
A procesje kapłanów, prowadzonych po ulicach miasta pod dziwnym stołem, niosących w owiniętych peleryną rekach tajemnicze naczynie, przed którym wierni sypią kwiaty i padają na kolana? Fetysz? Przedmiot magiczny?
A kasta kowali, otaczanych specjalnymi względami czarnych rzemieślników? Jak się ma do popularności angielskiego nazwiska Smith? Polskiego Kowalskiego?
A afrykańskie tajne związki? Można porównać do Masonerii? Albo Świętej Inkwizycji?
A tańczący z dzidami wojownicy? Czym różnią się od świętującej rezerwy?
A 18-stka, pierwszy kieliszek i pierwszy samochód, czym różni się od inicjacji? Od zabicia lwa?
A skaryfikacje dziergane na ciele wojownika, który bohatersko się zasłużył? Czy to nie medal za odwagę?
Czym jest krzyż lub wizerunek świętej kobiety albo najwyższego kapłana, zawieszony na szyi białego człowieka, jeśli nie takim samym amuletem, jak chroniąca od zła wszelkiego tajemna substancja, którą czarny nosi na piersi?
Czym różni się zbiór opowiadań i listów, które czyta wciąż od nowa biały, od legend o stworzeniu świata, grzechu pierworodnym i wskazówek, jak żyć, które opowiada od pokoleń czarny?
Czym różnią się wszyscy święci od wiary w przodków, którzy pomagają po śmierci? A pospolici biali zmarli? Czy nie mają swojego miejsca przy stole? Nie nosi się ich zdjęć na piersi? Czy nie odwiedza ich grobów, nie rozmawia z nimi?
Czym różni się biały, skulony nad gromnicą w czasie burzy, wznoszący modły o zmiłowanie, od szamana tańczącego i wołającego o deszcz?
A ożywione zwierzęta? Czym animizm różni się od biblijnego węża, baranka czy gołębia pokoju? Od poświęconej wody i kiełbasy? Od jajka – symbolu życia?
Totem – antylopa czy krokodyl – czym różni się od herbu? Albo nazwiska?
A czarna magia od czarownicy porywającej niegrzeczne białe dzieci, od czarnego kota albo zbitego lustra?
Czym różni się diabeł, wyrażany za pomocą węża lub ziejącego ogniem smoka od czarnego złego ducha ukrytego za drewnianą maską?
A trans? Czym różni się od opętania?
A egzorcyzmy od białej magii?
Czy czarny Bóg nie mieszka w niebie, a dusza człowieka po śmierci nie łączy się z nim lub nie błąka po świecie? Czy czarny Bóg nie potępia za złe uczynki i nie nagradza za dobre, jak to robi biały?
W czym więc biały Bóg jest lepszy od Boga czarnego? W czym gorszy jest czarny człowiek od białego? Czy nie podobnie starają się okiełznać przerażającą, tajemniczą naturę?
W czasie trwania soboru watykańskiego I (1869-1870) grupa biskupów misyjnych zgłosiła wniosek o stworzenie specjalnej modlitwy, w której wołano do Boga o ostateczne zdjęcie z Afrykanów przekleństwa, jakie miało na nich ciążyć od czasu opisanego w Biblii przypadku nielojalności Chama wobec Noego. Teorią pochodzenia Afrykanów od Chama uzasadniano w kręgach chrześcijańskich grzeszny z natury stan czarnych ludzi.
czarny chleb nasz powszedni
Łatwo upiec bochen chleba.
Trzeba tylko chcieć.
I zakwas zdobyć od tego, co swój własny bochen już upiekł.
A jeszcze mąkę żytnią, co czeka na półce ze zdrową żywnością.
Na zaczyn zgromadzić poniższe:
odrobina zakwasu, 1/4 szklanki
3,5 szklanki mąki pszennej
3 szklanki mąki żytniej
1 szklanka ziaren słonecznika
1 szklanka otrębów pszennych
1 szklanka siemienia lnianego
1 szklanka płatków owsianych
5 szklanek wody
3-4 łyżeczki soli
Warto eksperymentować. Może garść suszonych owoców i odrobina cukru? A może miodu do smaku i orzechów trochę? Albo pieprzu szczypta?
Teraz potrzebna miska. Micha duża, żeby wszystko pomieściła.
Najpierw zakwas i wszystkie składniki suche, a na koniec woda, która wszystko spoi.
Mieszać trzeba długo i namiętnie, aż ciasto jednym się stanie.
Kiedy gotowe – przykryć i do lodówki odstawić na 10 godzin albo i wiecej.
A kiedy gotowe, nagrzać piekarnik do 180 stopni, wypełnić pokryte papierem foremki - dwie, bo ciasta dużo - okrągłe, prostokątne, jak kto woli. I piec, piec 1,5 godziny. Uważać, bo rośnie!
Kiedy czas pieczenia dobiega końca – sprawdzić wykałaczką, czy nie wilgotne. Jeśli suchy patyk – voila! Pachnący bochen gotowy. Teraz tylko wystudzić i jeść z czym popadnie na śniadanie, obiad i kolację.
Pyszny jest bochen drugiego dnia.
Smacznego!
nationaliz-i-m
- On (czarny): Po co maja mi tu przysyłać jakiegoś nadętego Brytola, który nie ma pojęcia o sytuacji, będą mu płacić za bilet i potem jeszcze jakąś gigantyczna pensję? Przecież w kraju są lokalni fachowcy, tani, którzy się lepiej znają na rzeczy…
- Ona (biała): …a gdybym to ja szukała pracy i była równie kompetentna, jak ktoś stąd, przyjąłbyś mnie?
- On: Nie. Trzeba zatrudniać ludzi stąd, oni są lepsi pod każdym względem, poza tym potrzebują pracy. W ten sposób kraj się rozwija.
- Ona: wychodzi na papierosa.
kambek
Addis Abeba. 6 rano. Budzisz się dygocąc po krótkim śnie, a wraz z tobą budzi się miasto. Wychodzisz na ulicę, zalewa cię blask porannego słońca przełamującego nocny chłód. Potykasz się o kamienie, w nozdrza wdziera się znajomy zapach spalin i kurzu, po drodze mijają cię znajome sylwetki podążające w górę i w dół. Wspomnienie 7-miesięcznego pobytu w Europie nagle pęka jak bańka mydlana, zacierając wszystko, co zdarzyło się pomiędzy wyjazdem i powrotem. Nie ma, zniknęło. Pozostaje tylko wszechobecna teraźniejszość. Czujesz się, jakbyś nigdy stąd nie wyjeżdżała. Taksówkarz trąbi i bariał! pokrzykuje, czarnuch!, besztając blokującego drogę kierowcę. Jeszcze kilka znajomych twarzy mignie po drodze, przewinie się kilka znajomych miejsc, jeszcze łyk najlepszej na świecie, mocnej i słodkiej kawy i już. Już jesteś u siebie.
Po początkowym cudownym uczuciu zadowolenia z odnalezienia ukochanego miejsca, dopadają cię po kolei rozdrażnienie, zmęczenie i zniechęcenie. Dlaczego ktoś musi cię cały czas nagabywać? Dlaczego musi się kłaść na tobie w taksówce? Dlaczego nie mogą ustalić ceny raz na zawsze? Dlaczego nie potrafią zapamiętać zamówienia? Dlaczego nigdy nie ma papieru? Dlaczego??!! A potem nic cię to nie obchodzi, w ogóle ci nie przeszkadza i z nagła zachłystujesz się najwspanialszym uczuciem absolutnej wolności, tymczasowości i kroczysz dziarsko na spotkanie nieprzewidywalnego jutra. W rzeczy samej. Bo już jutro pytasz znowu – dlaczego nie można w tym kraju załatwić prostej sprawy? Dlaczego nie mogę liczyć na znajomych? Dlaczego obiecują i nie robią? Zaciskasz usta w grymasie niezadowolenia, ale już zaraz zapominasz, rozpromieniasz się, bo ktoś jednak cię pamięta i pomoże, bo zachwycisz się krajobrazem, zanurzysz w najcudowniejszej pod słońcem, kojącej zielonej mazi, wystawisz się na najwspanialsze na świecie promienie, a ptaszki będą śpiewać od rana tylko dla ciebie. I już, już znowu myślisz, że jednak uda ci się przystosować, że chcesz tego, że chcesz tu być. Zamykasz oczy. Trwaj chwilo… Aż tu nagle: bam!!, jak obuchem w głowę wraca ci świadomość, dopada cię kolejny problem i w złości pytasz: co ja tu w ogóle robię? I wiesz, że jednak nie, że to się przecież nie uda, nie potrafisz się jednak przystosować, nie chcesz, bo po co? Że lepiej wracać do domu.
Aż zatęsknisz znowu.
Czy to miłość?


















